Zdrowe jedzenie, zdrowe życie
felietony zjawiska

Zdrowo jemy, biegamy, życie kochamy

Moda na zdro­wie prze­ra­dza się w dzi­ki kult. I to jest chore.

Led­wo co odże­gny­wa­łem się od kry­ty­ki, a już coś mnie uwie­ra. Nosi­łem się z zamia­rem, by wcze­śniej poru­szyć temat, ale ucie­ka­łem od nie­go, bo pozy­tyw­nych zja­wisk niby nie powin­no się rugać. Nie uda­ło się, bo jestem znu­żo­ny miło­ści­wie panu­ją­cym kul­tem zdro­we­go jedze­nia, bie­ga­nia i kocha­nia życia.

Tylko pozytywnie

Jest we mnie spo­ro nie­za­do­wo­le­nia. Sta­ram się z nie­go kon­struk­tyw­nie korzy­stać, gdy spo­glą­dam na świat, bo im bar­dziej nie podo­ba mi się to, gdzie jestem, tym więk­szą mam moty­wa­cję, by wyrwać się i się­gnąć po lep­sze. To bar­dzo ludz­kie, może nawet przy­ziem­ne. Tym­cza­sem, gdy spo­glą­dam wokół, szczu­ty jestem pozy­ty­wem. Dla rów­no­wa­gi - na dzien­ni­ki i media zawsze moż­na liczyć, bo tam nigdy nie jest dobrze. Ale tak w życiu, to smut­nym nie war­to być, nie moż­na wręcz, bo to zabro­nio­ny stan.

Zare­je­stro­wa­łem się na Insta­gra­mie. Prze­glą­dam pro­po­zy­cje pro­fi­li i widzę (nie wszę­dzie, ale w zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści) ćwi­czą­ce dziew­czy­ny foto­gra­fu­ją­ce się do lustra, by poka­zać pup­cię, kalo­ry­fer na brzu­chu, dłu­gie nogi i dzió­bek. Spo­glą­dam na te wszyst­kie śnież­no­bia­łe uśmie­chy i pod­pi­sy peł­ne coel­hi­zmów. Jakie to nie­zno­śnie pozytywne.

Odpa­lam Face­bo­oka i co czy­tam? Że mara­ton, bieg to zdro­wie, wal­ka z wła­sny­mi ogra­ni­cze­nia­mi, spo­sób na życie, teraz to wszy­scy bie­ga­ją. I faj­nie, nawet mi się podo­ba ta pro­mo­cja aktyw­no­ści fizycz­nej, bo w zdro­wym cie­le, zdro­wy duch. Obser­wu­ję prze­cież kil­ka pro­fi­li, w któ­rych moc­nym punk­tem był zawsze zba­lan­so­wa­ny sto­su­nek do life­sty­lu, czy­taj: nie pisa­no tam tyl­ko o tym, co się zja­dło, gdzie było się w kinie i jak dobrze jest poje­chać na waka­cje do Nowe­go Jor­ku. Ale nie­ste­ty i one sta­ją się mek­ką pozy­ty­wu. Zaczy­na bra­ko­wać tam miej­sca na moment reflek­sji, bo trze­ba wyry­wać do przo­du, na życiów­kę, na prze­ła­ma­nie cza­su. Faster, har­der, Scooter.

A co sły­chać na Twit­te­rze? Na moje szczę­ście na temat wspa­nia­ło­ści życia i zdro­wia nie­wie­le, bo 140 zna­ków nie każ­de­mu wystar­cza, by umie­ścić różo­we­go jed­no­roż­ca spor­tu na błę­kit­nej chmur­ce szczęścia.

No to zaglą­dam do Google'a, bo potrze­bu­ję prze­pi­su na nale­śni­ki. Tra­fiam na super-hiper-bez­glu­te­no­we, bo muszą być zdro­we. Chy­ba te bab­ci­ne, z tra­dy­cyj­nych prze­pi­sów, nie kwa­li­fi­ku­ją się do menu współ­cze­sne­go czło­wie­ka. Pięk­ne­go, wyspor­to­wa­ne­go, zdro­we­go i pozytywnego.

Nie narzekam!

Spo­dzie­wam się zarzu­tów, że narze­kam jak typo­wy sfru­stro­wa­ny Polak. Spie­szę poin­for­mo­wać, że to okre­śle­nie się już zdez­ak­tu­ali­zo­wa­ło. Pola­cy, wbrew pozo­rom nie są sfru­stro­wa­ni, tyl­ko coraz zachłan­niej­si. W dobro­by­cie osią­gnę­li­śmy pewien pułap, któ­ry poprzew­ra­cał nam w gło­wach. Mamy dostęp do wszyst­kie­go, co nam potrzeb­ne, by się roz­wi­jać w aspek­tach inte­lek­tu­al­nym i fizycz­nym. Maso­wość moż­li­wo­ści i infor­ma­cji przy­tła­cza, dla­te­go bar­dzo łatwo zgu­bić pier­wot­nie obra­ny kie­ru­nek. Zachły­śnię­ci jeste­śmy, jak­by prze­wi­du­jąc, że jutro może nie nadejść i dzi­siaj musi­my zro­bić wszyst­ko, zła­pać każ­dą sro­kę za ogon, zna­leźć się w każ­dym tren­dzie i nie wypaść z obiegu.

Ta moda na "żyj zdro­wym życiem" jest jak gorącz­ka zło­ta i jak wszyst­kie gorącz­ki - w nad­mia­rze szko­dzi. Moż­na być cho­rym na zdro­wie? Oczy­wi­ście. Czy być zdro­wym zna­czy nie cho­ro­wać? Oczy­wi­ście, że nie.

Bie­ga­nie potra­fi być bar­dzo inwa­zyj­ne, a ta zdro­wa żyw­ność, któ­ra czę­sto wyklu­cza skład­ni­ki potrzeb­ne nasze­mu orga­ni­zmo­wi, może zafun­do­wać nam podat­ność na cho­ro­by. Pięk­ne uśmie­chy są super do momen­tu, gdy moż­na je od sie­bie odróż­nić. Czło­wiek w koń­cu nie jest lal­ką Bar­bie, by choć przy­jem­ny - mieć cią­gle ten sam wyraz twa­rzy. Wspa­nia­łe cia­ło - bez wzglę­du na płeć - to skarb, dopó­ki utrzy­ma­nie go w for­mie nie zabie­ra całe­go cza­su wol­ne­go. I nie sta­nie się całym życiem.

Względnie OK

Kult zdro­wia jest tu tyl­ko przy­kła­dem, nie­wiel­kim wstę­pem do dys­ku­sji o pły­wa­niu z prą­dem (w sen­sie nor­my, któ­ra panu­je i jest naj­bar­dziej widocz­na, bo "wszy­scy tak robią"). Nigdy nie lubi­łem dawać się ponieść - wola­łem bunt. Dziś prze­ciw­sta­wiam się prze­ja­skra­wie­niu, opar­te­mu na dobrym zało­że­niach, któ­re prze­ra­dza­ją się w spo­łecz­ną para­no­ję. Fascy­nu­je mnie umiar, bo aktu­al­nie łatwiej niż kie­dy­kol­wiek o prze­sa­dę. Ludzie nie­do­sko­na­li są mi bliż­si w świe­cie opa­no­wa­nym przez super­me­nów i super­men­ki. Może nie są tak widocz­ni w tłu­mie, krzy­czą zde­cy­do­wa­nie ciszej, o ile w ogó­le - czę­ściej szep­czą. Para­dok­sal­nie łatwiej ich przez to zauważyć.

Lubię, gdy coś jest względ­nie OK. To tak jak­by okre­ślić czło­wie­ka jed­no­cze­śnie sło­wa­mi skrom­ny i pew­ny sie­bie. Uśmiech­nię­ty, ale i potra­fią­cy prze­ży­wać smu­tek. Taki zwa­rio­wa­ny, ale nor­mal­ny. Zdro­wy i cho­ru­ją­cy od cza­su do cza­su. Boga­ty, ale wyczu­lo­ny na biedę.

Nie wiem czy to moż­li­we, by pogo­dzić takie róż­ne świa­ty. Może za dużo wyma­gam od oto­cze­nia? Wiem na pew­no, że pan dobro­byt z uśmie­chem na twa­rzy psu­je nas i spi­na. Jak rapu­je Łona - cią­gle pyta: "co to tak wyje tam w tle?".

Gdy się już odchły­śnie­my, to może będzie szan­sa na jaz­dę w pierw­szej kla­sie. Oby.

  • Daniel L.

    Świet­ny tekst i muszę przy­znać, że zga­dzam się z tym o czym napi­sa­łeś. Nie­ste­ty czę­sto uży­wa­ne jest, wg mnie myl­nie, normalny=przeciętny (w pejo­ra­tyw­nym zna­cze­niu) w bar­dzo wie­lu aspek­tach, gdzie dla mnie ta nor­mal­ność jest wła­śnie czymś zdrowym.
    Swo­ją dro­gą nie spo­dzie­wa­łem się kolej­ne­go wpi­su tak szyb­ko, a tutaj miła niespodzianka 🙂

    • Dzię­ku­ję, miło to czy­tać. Z tą nor­mal­no­ścią jest tak jak mówisz 🙂 O prze­cięt­no­ści być może też napi­szę, bo wła­śnie to takie gonie­nie za nie-wia­do­mo-czym i kupo­wa­nie prze­żyć sta­je się celem, żeby robić tyl­ko te nie­prze­cięt­ne rzeczy.

      Sta­ram się pisać w mia­rę regu­lar­nie, więc jak dobrze pój­dzie, będę poja­wiał się teraz dużo czę­ściej z nowy­mi artykułami.

  • Zuzień­ka

    'FIT life­sty­le' to cho­ro­ba naszych cza­sów. Z pre­me­dy­ta­cją uży­wam sło­wa cho­ro­ba. Z każ­dej stro­ny jeste­śmy zale­wa­ni die­ta­mi, zdro­wą żyw­no­ścią i pro­gra­ma­mi ćwi­czeń. Wszy­scy musi­my być szczu­pli, wyspor­to­wa­ni i jeść bez­glu­te­no­wo. Bo to mod­ne, bo wszy­scy tak robią, bo potrze­bu­je­my akcep­ta­cji. Co z tego, że my wewnętrz­nie tego nie akcep­tu­je­my? Nie­na­wi­dzi­my bie­gać, ale bie­ga­my. Lubi­my piz­zę, ale jemy goto­wa­ne na parze bro­ku­ły. Pyta­nie - po co? W imię cze­go odbie­ra­my sobie te chwi­le szczę­ścia, któ­re dawa­ło nam sie­dze­nie przed tele­wi­zo­rem albo z książ­ką i kub­kiem her­ba­ty w ręku zamiast kolej­ne­go wyj­ścia na siłow­nię? Dobro­wol­nie odda­je­my wła­dzę nad swo­im życiem tre­ne­rom per­so­nal­nym i pseu­do­die­te­ty­kom, któ­rych blo­gi mno­żą się jak grzy­by po desz­czu. Sta­je­my się nie­wol­ni­ka­mi kok­taj­li z jar­mu­żem i bio-ale­jek w super­mar­ke­tach. Uniesz­czę­śli­wia­my się kolej­ną por­cją mar­chew­ki, zamiast po pro­stu zjeść batonika.
    A może po pro­stu war­to się zasta­no­wić cze­go MY chce­my, co MY lubi­my i po pro­stu robić to, co jest zgod­ne z nami samy­mi? O ile pro­ściej wyglą­da­ło­by nasze życie. I szczęśliwiej. 

    Sama jestem ofia­rą tego pro­pa­gan­do­we­go bigo­su fit­blo­ge­rek i 'zdro­we­go sty­lu życia'. U mnie skoń­czy­ło się to ano­rek­sją. Oby niko­go inne­go to nie dotknęło.
    Pozwól­my sobie żyć po swo­je­mu, słu­chaj­my swo­ich potrzeb, a nie tego, co narzu­ca nam spo­łe­czeń­stwo. Czy Świat nie był­by wte­dy lep­szym miejscem? 

  • Pingback: Biegnę za modą - Tak Jak Jest()