Wyciągnięta dłoń
felietony thinkstyle

Wdzięczność za wzajemność

Uczu­cie wdzięcz­no­ści towa­rzy­szy nam cały czas. Na dzień dobry życia jeste­śmy wdzięcz­ni rodzi­com, póź­niej innym ludziom spo­ty­ka­nym na naszych dro­gach. Kie­dy jest czas na wzajemność?

Leżę sobie waka­cyj­nie w łóż­ku. Nie moż­na powie­dzieć, że pach­nę, bo jed­nak lato w peł­ni, ale spo­koj­nie leżę i słu­cham świa­ta. Zza okna dobie­ga mnie szum miasta.

Jakaś pani kłó­ci się przez tele­fon z ope­ra­to­rem tele­fo­nii, bo chcia­ła dostać w ofer­cie nowy smart­fon. Ktoś kosi tra­wę kosiar­ką eko i sły­chać jak bar­dzo mu nie idzie. Zamknię­ty w miesz­ka­niu pię­tro wyżej pies skam­le z samot­no­ści albo dla­te­go, że powi­nien wyjść na spa­cer nie tyl­ko po to, żeby poczuć się wol­nym. Kot goni kota, albo kot­kę, bo w sumie po co kot miał­by gonić kota, a kot­kę to kotu nawet wypada.

I myślę o wdzięcz­no­ści. Za życie przede wszyst­kim, że jest gdzieś tuż obok mnie i leży ze mną spo­koj­nie. Nie wiem czy dzię­ko­wać Mamie i Tacie, czy może Komuś, kto ich kie­dyś sobie przed­sta­wił na drew­nia­nej ławecz­ce mię­dzy blo­ka­mi, nie­opo­dal lasu czy inne­go krzacz­ka. Może byli "nośni­kiem" pomy­słu z Góry? Kie­dyś może się dowiem, ale wdzięcz­ny jestem i zaczy­na mi się wdzie­rać mię­dzy myśli dru­gie sło­wo. Nie­prze­sad­nie odkrywcze.

Wza­jem­ność.

Jak te dwie panie "na W" zaczy­na­ją ze sobą współ­grać, jest szan­sa na zdro­we coś za coś. Wyobra­żam to sobie tak, że wdzięcz­ność poja­wia się, gdy coś dosta­nie­my za dar­mo, bez więk­szych pod­staw do otrzy­ma­nia. W sumie wycho­wu­je się nas tak, że na piesz­czo­tę to trze­ba zasłu­żyć, a żeby zasłu­żyć to się trze­ba naro­bić, więc wdzięcz­ność potra­fi wzbu­dzić nawet poczu­cie winy. Bo jak to tak, że za nic?! Na pew­no jest w tym jakiś haczyk.

A wdzięcz­ność prze­ra­dza się we wzajemność.

Na Boże Naro­dze­nie skła­da­my życze­nia, a gdy ktoś nam skła­da - odpo­wia­da­my "nawza­jem". Z wdzięcz­no­ści wła­ści­wie, że chce dla nas dobrze, nawet jak robi to kur­tu­azyj­nie. Jest wie­le sytu­acji, w któ­rych jeste­śmy zobo­wią­za­ni, ale nie stać nas na wza­jem­ność. Wdzięcz­ność, któ­ra nie prze­ro­dzi­ła się we wza­jem­ność jest uszko­dzo­na, jest pta­kiem z poła­ma­ny­mi skrzy­dła­mi, któ­ry nigdy nie speł­ni marzeń o lata­niu. Wraz z uszko­dzo­ną wdzięcz­no­ścią sta­ją się nie­odwza­jem­nio­ne miło­ści, stra­co­ne przy­jaź­nie, papie­ro­we znajomości.

Zawsze pra­gnie­my wza­jem­no­ści, nie oszu­kuj­my się. Dzię­ki niej wszyst­ko, co robi­my nabie­ra sen­su. Nie zawsze może­my jej ocze­ki­wać, zwy­kłej wdzięcz­no­ści też (choć ta dru­ga jest dosyć pro­sta - wystar­czy powie­dzieć "dzię­ku­ję"). W takich momen­tach wypa­da zro­bić bilans jak wie­le może­my i czy chce­my dawać wie­dząc, że nic nie będzie­my z tego mieć, oprócz poczu­cia, że dali­śmy od siebie.

Bo być wdzięcz­nym same­mu sobie jest naj­trud­niej. Tak trud­no doce­niać sie­bie, nawet tyl­ko za to, że ist­nie­jesz. Bez­wa­run­ko­wo. Jeśli się tak uda­je, wnę­trze odwza­jem­nia się pew­no­ścią sie­bie, wol­no­ścią, samo­świa­do­mo­ścią i tym, co chy­ba naj­waż­niej­sze - miło­ścią do same­go siebie.

Wycho­dzi na to, że każ­da wza­jem­ność wypły­wa z nas samych. Jeśli o nią zadba­my, będzie­my sobie za to wdzięcz­ni do koń­ca życia. I tak trze­ba żyć! 🙂