Walka
thinkstyle urywki

Urywki #3: Rozmowa ze sobą

Gdy­by tak inni ludzie nie byli nam potrzeb­ni. Gdy­by tak moż­na było roz­ma­wiać ze sobą. Zagdy­ba­ny jestem dziś moc­no.

Dzie­je się. Bły­ska­wi­ce w oczach, strach pomie­sza­ny z jed­no­ra­zo­wą odwa­gą. Każą wyszar­py­wać kolej­ne kąski, by się nakar­mić, najeść, nacha­pać. Nie moż­na powstrzy­mać nisz­czą­cej siły, a ona bez­kar­nie sie­je spu­sto­sze­nie, gdzie tyl­ko się poja­wia. Pła­czesz, rwiesz wło­sy z gło­wy i czu­jesz ten potęż­ny gniew, prze­szy­wa­ją­cy całe cia­ło i roz­sa­dza­ją­cy od środ­ka.

Bez­sil­ność z ciszą. Dwie siły, z któ­ry­mi się nie pody­sku­tu­je. Przy­cho­dzą i odcho­dzą, ale cią­gle są, jak dobre przy­ja­ciół­ki, któ­re nie opusz­cza­ją nigdy, gdy są potrzeb­ne. Chi­cho­ta­ją z nie­śmiesz­nych żar­tów i żon­glu­ją cyni­zmem. Iro­nia losu to ich śro­do­wi­sko natu­ral­ne, tu zawsze czu­ją się jak w domu.

Rwę ten łań­cuch i roz­ma­wiam dziś ze sobą. Moje koty spo­glą­da­ją dzi­wacz­nie i prze­krzy­wia­ją gło­wy, jak gdy­by chcia­ły zro­zu­mieć, co mam im do powie­dze­nia. Ja tak napraw­dę nie­wie­le im mogę prze­ka­zać. Głu­pi się czu­ję wobec mądro­ści natu­ry.

Więc gadam do sie­bie jak nawie­dzo­ny i kom­plet­nie nie sły­szę tego, co mam sobie do powie­dze­nia. Pró­bu­ję się scho­wać przed sobą, bo po co tra­cić czas na bez­sens. Ucie­kam, a ten łazi za mną i cią­gle gada. To o kanap­ce na śnia­da­nie, to o wczo­raj­szym spo­tka­niu z przy­ja­ciół­mi, to o mgli­stej przy­szło­ści i kiep­skiej prze­szło­ści. Co mnie to wszyst­ko obcho­dzi?

Wycią­gam pięść pra­wą i gro­żę lewym pal­cem. On wycią­ga do mnie lewą i gro­zi pra­wym pal­cem. Tak nie będzie­my się bawić, kole­go. Zanim przej­dzie­my do ręko­czy­nów, uzgod­nij­my jed­no: prze­sta­niesz za mną łazić i mówić mi pro­sto do ucha. Mam wystar­cza­ją­co dużo swo­ich pro­ble­mów, żeby męczyć się jesz­cze z Two­imi.

Nie odpusz­cza, mówi coś do mnie zno­wu, ale ja nie sły­szę. To jakiś wariat.

Uśmiech­nął się dziw­nie, gdy zaczą­łem żar­to­wać z jego nie­mod­nej czu­pry­ny. Póź­niej spoj­rzał na mnie z jakimś lękiem i uświa­do­mi­łem sobie, że to już koniec. Nie mam gdzie uciec.

Bo nie da się uciec przed samym sobą. Roz­bi­łem lustro. Jest cisza. Mogę wresz­cie nor­mal­nie poroz­ma­wiać - prze­stał mówić.

Znów sły­szę ciszę i bez­sil­ność znik­nę­ła. Wystar­czy już tego Fight Clu­bu.