Sztuczny ogień
felietony

O Świętach i Nowym Roku

Mówi się, że Boże Naro­dze­nie to naj­pięk­niej­sze Świę­ta. A tuż po nich zaczy­na­my kolej­ny rok życia.

Od kie­dy wypro­wa­dzi­łem się z rodzin­ne­go domu, na Świę­ta przy­jeż­dża­łem tyl­ko w odwie­dzi­ny. Któ­re­goś roku coś się zmie­ni­ło. Doj­rza­łem, sta­łem się męż­czy­zną, któ­ry przy sto­le mógł już zabrać głos, bo do tej pory prym wie­dli "Ci star­si". To było bar­dzo dziw­ne spo­strze­że­nie. Nagle z baj­tla, któ­ry śmi­gał do sto­łu po kolej­ne ciast­ko i sałat­kę, a póź­niej z resz­tą dzie­cia­ków oglą­dał świą­tecz­ne baj­ki i fil­my, prze­po­czwa­rzy­łem się, a czas dzie­ciń­stwa się bez­pow­rot­nie skoń­czył. Blask Świąt jak­by tro­chę przy­gasł, nic już nie było takie samo, a bez­tro­ska radość zamie­ni­ła się w oddech od pro­ble­mów codzien­no­ści. Wuj­ko­wie jak­by nie­co posi­wie­li i nie uśmie­cha­li się już tak czę­sto, a cio­cie zaczę­ły zrzę­dzić bar­dziej niż zwy­kle. A dzie­ci? Brak.

Magia prze­sta­ła two­rzyć się sama z sie­bie. Śnie­gu też nie ma, a uwiel­bia­łem jak skrzy­piał pod moimi koza­ka­mi. Wła­śnie. Koza­ki! Znik­nę­ły zastą­pio­ne przez ele­ganc­kie buty z "trak­to­rem".

Uświa­do­mi­łem sobie, że wsze­dłem w wiek, w któ­rym to ja jestem mło­dym "wuj­kiem", któ­ry (wiem, że to nad­uży­cie, ale niech stra­cę) powi­nien mieć dzie­ci. To ja jestem odpo­wie­dzial­ny za tę ener­gię i magię, któ­rą do tej pory two­rzy­li moi star­si "kole­dzy" z rodzi­ny. Oni swo­je zro­bi­li, więc przy­szła pora na mnie. Dziw­ne to spo­strze­że­nie, ale wyglą­da na to, że trafne.

Cza­sa­mi chciał­bym wró­cić w prze­szłość i parę spraw roz­wią­zać ina­czej. Nie jestem za mod­nym powie­dze­niem "nicze­go nie żału­ję". Oj żału­ję, wie­lu rze­czy, ale nie mam już na to wpły­wu. Dziec­kiem nie będę, a z cza­su dzie­ciń­stwa zosta­ły mi zale­d­wie wspo­mnie­nia, do tego nie wszyst­kie takie, któ­re chciał­bym pamię­tać. Ale jest coś magicz­ne­go wła­śnie w tym doj­rze­wa­niu i sta­wa­niu się doro­słym. Moment, w któ­rym docho­dzi do nas świa­do­mość, że "to już". Cała resz­ta jest kwe­stią decy­zji, co dalej, bo przy­szłość budu­je się w teraź­niej­szo­ści, a prze­szłość zosta­je za nami.

I to jest pięk­ne, choć nie­po­zba­wio­ne przy­krej praw­dy - czas upły­wa, a Świę­ta i Nowy Rok są kolej­ną datą w kalen­da­rzach nasze­go życia. Kie­dy szał pre­zen­to­wy ucich­nie, kie­dy kurz przy­go­to­wań na przyj­ście Małe­go już opad­nie, kie­dy zaświe­ci pierw­sza gwiazd­ka i zacznie­my się obja­dać ponad nasze moż­li­wo­ści, przy­cho­dzi moment na reflek­sję. Moż­na narze­kać, że kli­mat Świąt to kicha, moż­na też potrak­to­wać ten czas jak prze­rwę w zaję­ciach spę­dza­ją­cych sen z powiek. Moż­na na wie­le spo­so­bów prze­żyć te kil­ka dni. Jest jed­nak w nich zaklę­ta pew­na tajem­ni­ca. To Rodzina.

Wszyst­kie praw­dy są pro­ste jak mówi mądre powie­dze­nie. Wigi­lia zbie­ra przy jed­nym sto­le tych, któ­rzy cenią sobie bli­skość bez wzglę­du na to, czy wszyst­kich kocha­my jed­na­ko­wą miło­ścią. To ten magicz­ny moment, wpi­sa­ny w tra­dy­cję wspól­ne­go obco­wa­nia przy jedze­niu powo­du­je, że chce­my, aby nasze życia były pięk­niej­sze. Na tę jed­ną chwi­lę więk­szość ani­mo­zji odrzu­ca­na jest z urzę­du na dal­szy plan, a złość, nie­na­wiść, gniew tra­cą na sile. To dla takie­go kli­ma­tu war­to obcho­dzić Świę­ta, w cza­sie któ­rych nikt nie powi­nien zosta­wać sam.

Każ­dy z nas ma ocze­ki­wa­nia. Kie­dy świat i prze­ży­wa­ne wyda­rze­nia ich nie speł­nia­ją, zaczy­na­my narze­kać, cza­sem gorzk­nieć i prze­sta­je­my z odpo­wied­nią ostro­ścią wzro­ku oraz bystro­ścią umy­słu oce­niać rze­czy­wi­stość. Nie zauwa­ża­my cudu wspól­no­ty, któ­rą jest rodzi­na. Nie rozu­mie­my, że mogli­by­śmy jej nie mieć. Nikt o nas by się nie trosz­czył, przy­go­to­wy­wał potraw i świe­żej poście­li czy dokła­dał drew­na w komin­ku. Wokół pano­wa­ła­by cisza, w któ­rej nie było­by z kim nawią­zać dia­lo­gu, skon­fron­to­wać myśli, zde­rzyć świa­to­po­glą­dów. Nie było­by rado­ści ze wspól­ne­go śpie­wa­nia, roz­pa­ko­wy­wa­nia pre­zen­tów i ścią­ga­nia cukier­ków z choinki.

Może to pro­za­icz­ne czyn­no­ści, któ­re wyda­ją się tyl­ko otocz­ką spo­tka­nia, ale bez nich Świę­ta nie wcho­dzą na poziom peł­nej mocy. Nie chcę tu pisać o aspek­tach reli­gij­nych, bo to indy­wi­du­al­na spra­wa. Bóg się rodzi, moc tru­chle­je dla kato­li­ków, a dla świec­kich, któ­rzy na Świę­ta jeż­dżą nie wcho­dząc w kwe­stie wia­ry to oddech z rodzin­nym przy­tu­pem. Wszy­scy jeste­śmy ludź­mi i jed­na­ko­wo prze­ży­wa­my tęsk­no­tę czy radość. Przy wigi­lij­nym sto­le one się ze sobą mie­sza­ją w prze­dziw­ny spo­sób, któ­re­go nigdy nie poj­mę. To tajem­ni­ca. To Rodzina.

Niech więc w Waszych domach nie pada śnieg, zawsze będzie cie­pło, aby nigdy nie zabra­kło dobrych ludzi wokół sto­łu i poza nim. Niech się Wam szczę­ści, bo za rok może być ina­czej, nie­ko­niecz­nie gorzej, kto wie.

Szczę­śli­we­go Nowe­go Roku życzę.