Super księżyc
felietony

O równoległym świecie

Lubię cza­sem obej­rzeć film fan­ta­stycz­ny. O innych kul­tu­rach, o świa­tach rów­no­le­głych, o postrze­ga­niu cza­su. Dzię­ki temu zysku­ję dystans do naszej rze­czy­wi­sto­ści.

Znam ludzi, któ­rzy nie prze­pa­da­ją za fil­ma­mi, moż­na powie­dzieć - nie­re­al­ny­mi. Bo czym­że jest fan­ta­sty­ka, jeśli nie waria­cją postrze­ga­nia w inny spo­sób rze­czy zna­nych. Wie­lu z nas zasta­na­wia się, czy rze­czy­wi­ście jeste­śmy sami we Wszech­świe­cie. Mnie aż tak to nie rusza, a bar­dziej inte­re­su­je zada­wa­nie sobie pytań pod wpły­wem prze­my­śleń uru­cho­mio­nych takim obra­zem.

Zawsze ucie­ka­łem ze świa­ta na swo­ją pla­ne­tę. Kie­dy byłem dziec­kiem, nie prze­szka­dza­ło mi to. Czu­łem się nawet bar­dziej wyjąt­ko­wy wzglę­dem tych, któ­rzy łapa­li i zachwy­ca­li się tym, co przy­ziem­ne. Im sta­wa­łem się star­szy, tym bar­dziej rozu­mia­łem jak wiel­kim prze­kleń­stwem jest taka uciecz­ka. Świat stwo­rzo­ny przez sie­bie, taki mały azyl, gdzie moż­na czuć się naj­le­piej pod Słoń­cem jest sztucz­ną bań­ką, któ­ra ma chro­nić przed nie­szczę­ściem, smut­kiem, poczu­ciem stra­ty i nie­od­wra­cal­no­ści pły­ną­ce­go cza­su. W pew­nym momen­cie zda­jesz sobie spra­wę, że jesteś tam okrut­nie samot­ny i na nic poczu­cie bycia kre­ato­rem rze­czy­wi­sto­ści, jeśli nie ma się jej z kim dzie­lić. Pust­ka, tyl­ko tyle.

Dobrze jest, gdy moż­na do kogoś wró­cić. Wtu­lić się w ramio­na i poczuć zapach, woń miło­ści. Czuć się kocha­nym i jak naj­le­piej sta­rać się kochać. I nawet nie wiem jak o tym pisać, bo sło­wa nie są w sta­nie oddać uczuć. Może świat nie jest ide­al­ny, a my nie­stru­dze­nie poszu­ku­je­my wodo­try­sków i nie­sa­mo­wi­to­ści. Potrze­bu­je­my coraz wię­cej bodź­ców i tro­chę na odwrót w porów­na­niu do wcze­śniej­szych poko­leń, im wię­cej doświad­cza­my, tym bar­dziej jeste­śmy nie­na­sy­ce­ni. Cią­gle wię­cej, cią­gle lepiej, cią­gle dalej. Na doda­tek świat nas zachę­ca, by iść tą ścież­ką.

I wte­dy poja­wia się to pyta­nie, ostre i bez­li­to­sne: PO CO ROBIĆ TO WSZYSTKO?

Potrze­bu­je­my się zaspo­ka­jać. Pra­gnie­my prze­ży­wać, by wypeł­nić sie­bie czymś, co potwier­dzi wyjąt­ko­wość i ugrun­tu­je myśle­nie, że może­my wszyst­ko, jeśli chce­my. Kar­mi­my ocze­ki­wa­nia wyobra­że­nia­mi jak może być i gdy na korek­tę dzia­ła­nia nie­co póź­no, brnie­my dalej w lęku, któ­ry jed­no­cze­śnie moty­wu­je i prze­ra­ża, byle tyl­ko do mety. Cie­ka­we połą­cze­nie sprzecz­no­ści.

Ludz­ka natu­ra jest dla mnie zagad­ką. Jest w jakimś sen­sie świa­tem rów­no­le­głym do nasze­go świa­do­mo­ścio­wo-zdro­wo-roz­sąd­ko­we­go myśle­nia. Cią­gle pod sko­ru­pą postrze­ga­nia real­ne­go bycia tu i teraz tli się potrze­ba prze­ży­wa­nia przy­gód, odkry­wa­nia na nowo zgra­nych jak sta­re pły­ty prawd, odczy­ty­wa­nia kodów zosta­wio­nych dla nas przez wcze­śniej­sze poko­le­nia jako tram­po­li­ny do cze­goś więk­sze­go. Kolumb nie wie­dział czy dopły­nie do jakie­goś lądu. Nie miał bla­de­go poję­cia, że coś odkry­je, a mimo to zary­zy­ko­wał życie swo­je i zało­gi. Jak wariat.

I chy­ba to jego naj­więk­szy suk­ces. Bycie waria­tem, któ­ry wyko­rzy­stał szan­sę od losu.

Pozna­wać nowe, rów­no­le­głe do nasze­go i aktu­al­ne­go. To zda­je się jest ta poszu­ki­wa­na odpo­wiedź na pyta­nie "PO CO".