Twarda krytyka
felietony

Prawdziwy krytyk cnota się nie boi

Kry­ty­ka jest dosyć nie­wdzięcz­nym tema­tem, więc może o cno­cie? Nie, będzie o jed­nym i dru­gim.

Ileż to razy kry­ty­ko­wa­łem! Tego się nie da poli­czyć. Wygląd, zacho­wa­nie, poglą­dy, sło­wa. Oce­niać moż­na dosłow­nie wszyst­ko. Nie powiem jed­nak, że kry­ty­ko­wa­nie to cecha naro­do­wa Pola­ków, bo to też była­by kry­ty­ka. Nie­mniej coś z nami w tej spra­wie jest nie tak.

Kto krytykuje?

Ostro oce­nia­ją fru­stra­ci. Taka jest obie­go­wa opi­nia, ale czy praw­dzi­wa? Na pew­no krzyw­dzą­ca. Kry­ty­ku­ją wszy­scy, tyl­ko nie każ­dy się z tym obno­si, bo w jakimś sen­sie kry­ty­ka jest dla odważ­nych (czę­sto bar­dzo bli­sko im do nie­mą­drych). Wytraw­ny kry­tyk zazwy­czaj nie powie, a pomy­śli i rzad­ko zasu­ge­ru­je, co mu cho­dzi po gło­wie.

Zasta­na­wia­łem się skąd ta miłość do oce­nia­nia i dosze­dłem do wnio­sku, że jest ona wpi­sa­na w DNA czło­wie­ka. Tak napraw­dę kry­ty­ku­ją nas od same­go począt­ku: rodzi­ce, szko­ła, zna­jo­mi, nasze małe spo­łecz­no­ści, sze­fo­wie. Na samym koń­cu jest więk­szość - spo­łe­czeń­stwo, któ­re okre­śla tzw. "nor­mal­ność". Osta­tecz­nie zagro­że­ni kon­fron­ta­cją na każ­dym kro­ku, zaczy­na­my bro­nić tego, co nasze. Ponoć naj­lep­szą obro­ną jest atak, więc zda­rza się go nad­uży­wać w dobrej wie­rze, a to rodzi pato­lo­gie.

Może znaj­dzie się ktoś, kto będzie roz­da­wał upraw­nie­nia do kry­ty­ki? Aktu­al­nie poziom wykształ­ce­nia, licz­ba zdo­by­tych cer­ty­fi­ka­tów, zwie­dzo­nych kra­jów, obej­rza­nych fil­mów czy prze­czy­ta­nych ksią­żek, praw­do­po­dob­nie myl­nie sta­no­wi pod­sta­wę przy­zwo­le­nia na oce­nę. To się nawet jakoś skła­da w logicz­ną całość, bo posze­rza­nie hory­zon­tów sprzy­ja kształ­to­wa­niu poglą­dów i zwięk­sza pew­ność sie­bie. Gdzieś jed­nak jest gra­ni­ca, w któ­rej brak dystan­su do wła­snej mądro­ści i doświad­czeń może stać się począt­kiem nie­spo­dzie­wa­ne­go zjaz­du w prze­paść samo­uwiel­bie­nia, a tego nie moż­na nazwać cno­tą. Oj, nie.

Wróćmy do cnoty

Czy ktoś dziś jesz­cze uży­wa okre­śle­nia "cno­tli­wy"? Jeśli tak, to pew­nie w nega­tyw­nym zna­cze­niu, bo cno­ta jest nie­mod­na. Kry­ty­ka za to weszła nie tyl­ko na salo­ny, ale zale­wa nas rów­nież we wła­snych domach. Nie wiem czy cno­ta ma szan­se w tej nie­rów­nej wal­ce. W fil­mie codzien­no­ści, na pierw­szy rzut oka, dobro nie zwy­cię­ża, hap­py endy są rzad­kie i tłu­mio­ne przez sza­rą rze­czy­wi­sto­ścią. Ja nie daję zgo­dy na taki tok myśle­nia i wma­wiam sobie, że może być ina­czej.

Kłam­stwem jest to, że cno­tli­wi ludzie nie ist­nie­ją, bo nie mie­li­by­śmy świę­tych (pew­nie i wśród nich zda­rza­ły się nie­złe ziół­ka, ale w ogól­nym roz­ra­chun­ki bro­ni­li się doko­na­nia­mi). Kłam­stwem rów­nież jest to, że cno­ta nie jest w cenie, bo łapie­my się na tęsk­no­cie za czy­sto­ścią spoj­rze­nia na świat i prze­ży­wa­nia życia w jak naj­lep­szy spo­sób, co bywa utrud­nio­ne, gdy sobie w nim za moc­no napa­sku­dzi­my. Mamy wewnętrz­ną potrze­bę dąże­nia do faj­no­ści, nie ide­ału, bo - jak wie­my - ten nie ist­nie­je. Kry­ty­ka, wbrew pozo­rom, poma­ga w tych dąże­niach, zwłasz­cza gdy wystę­pu­je w swo­jej naj­lep­szej for­mie. Samo­kry­ty­ki.

Cnota + Krytyka = ?

Chcąc, nie chcąc, wyszło mi cie­ka­we rów­na­nie. Gdy­bym miał coś pod­sta­wić zamiast "?", pew­nie było­by to "0", bo ilość cno­ty balan­so­wa­na ilo­ścią kry­ty­ki wyda­je się bar­dzo dobrą pro­por­cją. Ide­al­ną, czy­li nie­ist­nie­ją­cą. Załóż­my jed­nak, że ten bilans powi­nien być utrzy­ma­ny. Co się sta­nie, gdy cno­ty będzie wię­cej? Auto­ma­tycz­nie kry­ty­ki będzie dużo mniej. Dzia­ła to rów­nież w dru­gą stro­nę. Im wię­cej kry­ty­ki, tym mniej cno­ty.

Mam świa­do­mość, że nie jest to regu­ła. Na potrze­by moich prze­my­śleń zro­bi­łem pew­ne zało­że­nia i jak widać, na samym koń­cu dosze­dłem do tego, co na począt­ku. Praw­dzi­wy kry­tyk cno­ta się nie boi*. Mniej mówi, wię­cej myśli. Szu­ka cno­ty, nie pre­tek­stu do oce­ny. Czę­ściej pyta, niż wyra­ża osą­dy. Jest wywa­żo­ny, ale sta­now­czy.

Nie­wie­lu takich ludzi widać i sły­chać. Garst­ka jest ido­la­mi, o ile moż­na ich tak nazwać. Nie ma tego złe­go! To spo­re pole do popi­su dla ambit­nych na łapa­nie rów­no­wa­gi w prze­py­chan­kach cno­ty i kry­ty­ki. Ty (ja też!) może­my tra­fić do gro­na mądrze zrów­no­wa­żo­nych. To była­by napraw­dę dobra zmia­na. Nie ma się co bać - zacznij­my od jutra, bo dziś to nie­wy­ko­nal­ne.

Za dużo wko­ło kry­ty­ki, za mało samo­kry­ty­ki i cno­ty w nas.

 

* prze­wrot­ny frag­ment "Pie­śni szó­stej" z "Mona­cho­ma­chii" Igna­ce­go Kra­sic­kie­go. Pole­cam też jej wybor­ny począ­tek.

 Już to ostatnia pieśń, mili ojcowie,
 Miejcie cierpliwość, czekajcie do końca.
 Jeśli czujecie niesmak w przykrej mowie,
 Znalazł się krytyk, znajdzie się obrońca.
 Po cóż się gniewać? Wszak astronomowie
 Znaleźli plamy nawet wpośród słońca.
 W szyszaku, w czapce, w turbanie, w kapturze,
 Wszyscyśmy jednej podlegli naturze.