Mit otwartości
felietony zjawiska

Otwartość bez deklaracji

Zdarza mi się mówić rzeczy, o których wspomina się tylko przyjaciołom albo po prostu nie wypada mówić w towarzystwie. Sęk w tym, że w moim słowniku nie ma zbitki słów pt. "nie wypada".

Trudno zachować powagę, gdy dowcip wkoło krąży. Doświadczam jednak sytuacji, które jawnie zaprzeczają tej prawidłowości. Sam już czasem nie wiem, czy moje żarty na pewno są śmieszne, ale zawsze tłumaczę sobie, że mnie bawią i kogoś być może też, co pozwala mi namierzyć w towarzystwie osoby o podobnym poczuciu humoru. Znak charakterystyczny - rechotają wtedy, kiedy ja rechotam.

I ten mój dowcip to musi być chyba specyficzny, bo często absurdalny, a jakby nie patrzeć - absurdów najlepiej nie rozumieć, bo dzięki temu są śmieszne. Co gorsze - jak bawią cię absurdalne dowcipy, na pewno masz nierówno pod sufitem, a jak na strychu bajzel - nie warto brać cię na poważnie. Takie to mamy społeczne uprzedzenia.

Społeczeństwo uprzedzeń

Ludzie z otwartymi głowami są na wyginięciu. Tylko co to znaczy, że ktoś ma otwartą czapę? Niedefiniowalna sprawa, bo otwartość polega na tym, że jeśli nawet masz granice - potrafisz je przesuwać, rozszerzając przy tym swoje horyzonty. To ciekawy paradoks, że wpajane od dzieciństwa zasady, wartości i ramy ograniczają, a wielu zyskując samoświadomość zostaje w nich, mimo poczucia ciasnoty i zniewolenia.

Zasady nie są niczym złym, wartości - jeśli spójne z nami - też, ale ramy to wybór. Nie da się doświadczać życia nie zmieniając ram. Nie da się rozumieć innego (człowieka czy zjawiska) bez wejścia w tę inność, w ten świat. Tylko chcieć trzeba, spróbować i polizać, czy smakuje.

Zrozumienie nie oznacza zgody

Tak proste i tak dla niektórych nieosiągalne. Spotykam na swojej drodze ludzi, którzy karmią się konfrontacją i zdarza mi się śmiać w duchu, bo sam lubię się buntować. Bunt jednak nie ma sensu, jeśli nie ma konkretnego powodu, a jeśli powód jest personalny, tym bardziej staje się emocjonalną wydmuszką i czarnym krzykiem rozpaczy. Mówiąc wprost - ktoś cię nie lubi, to się nigdy z tobą nie zgodzi. Dla zasady, żeby dopieprzyć i umniejszyć wartości wypowiadanych przez ciebie słów. Żółć w czystej postaci.

Pytanie, które się rodzi: czy ktoś się musi się z tobą zgadzać, żeby cię zrozumieć?

Brak zgody nie zwalnia z potrzeby zrozumienia, bo żeby odnieść się do jakiegokolwiek tematu, trzeba go znać. Zrozumienie nie jest wyobrażeniem, a zdarza się nam mylić te dwa pojęcia. Wyobraźnia płata figle i często rozmowy o wyobrażeniach sprowadzają się do szukania potwierdzenia zaszytych w naszych czachach tez, a nie objęcia rozumem o co tak naprawdę chodzi w podejmowanym temacie.

Słuchaj uchem faktu - rzucił kiedyś jeden z kolegów, a ja zdałem sobie sprawę jakie to trudne i mądre jednocześnie. Wszyscy wiemy, że z faktami nie da się dyskutować, chyba że się nimi manipuluje. Za to w czystej postaci są punktami odniesienia, na których można się oprzeć w drodze do zrozumienia.

Zamknięci ludzie, zasklepieni w pewności, co do swojej nieomylności, zrozumienie odbierają jako pozbawienie ich niezależności myślenia, a wręcz atak na fundamenty przekonań. Dlatego nigdy się na nic nie zgadzają, a brak zrozumienia drugiej strony tłumaczą posiadaniem własnego zdania i ugruntowanych prawideł nie do podważenia. Łatwo wyłapać zdania rozpoczynające się od słów "nie" lub "ale".

To konformistyczne podejście dające poczucie bezpieczeństwa w sytuacji, gdy trzeba choć przez chwilę mieć wątpliwość i podyskutować ze swoimi przekonaniami.

Strach motywuje do nieuzasadnionej obrony, gdy istnieje ryzyko utraty kontroli i fragmentacji zbudowanego na dotychczasowych doświadczeniach świata. I śmieszy mnie to trochę (czasem się tego wstydzę), kiedy widzę upoconą jednostkę, która myśli zero-jedynkowo, czarno-biało, gdy tematem rozmowy jest szarość.

Deklaracja otwartości

Ci, którzy są otwarci, nie muszą tego deklarować. Właściwie tak samo można powiedzieć o deklaracjach w każdej innej sprawie. Kiedy widzę aktywne słuchanie i chęć zrozumienia, bezwzględna zgoda na moje tezy nie jest potrzebna, wręcz traci sens. Za to pojawia się coś o wiele piękniejszego - wymiana, dzielenie się, rozmowa, dialog, zaproszenie do świata drugiego człowieka. Szukam ludzi rozumiejących otwartość podobnie i trochę tęsknię za nimi.

A czy ja jestem otwarty? Nie zawsze. To zależy od tego, czy potrafię słuchać, a słucham zazwyczaj wtedy, gdy nie mówię. Znowuż, gdy za dużo słucham, tracę głos w zderzeniu z bezwzględną pewnością nadawcy.

Nie ma sposobu na otwartość, ale kluczem do wejścia w nią jest zgoda na wątpliwość, która z kolei jest drogą do zrozumienia. Rozumiesz, prawda?

  • agraf­ka

    "Zro­zu­mie­nie nie ozna­cza zgo­dy" - bar­dzo mądrze napi­sa­ne. Na co dzień jestem bar­dzo cie­ka­wa świa­ta i ludzi, więc zazwy­czaj sta­ram się być otwar­ta i sta­ram się rozu­mieć, ale to wszyst­ko pod warun­kiem, że ktoś nie naru­sza mojej god­no­ści, ocze­ku­jąc ode mnie tej "otwar­to­ści".
    Cza­sem (ale tyl­ko cza­sem, bo nie chcę gene­ra­li­zo­wać) mam wra­że­nie, że nie­któ­rzy nie­zbyt traf­nie rozu­mie­ją poję­cie tole­ran­cji. Tole­ran­cja to nie jest godze­nie się na wszyst­ko; moż­na być tole­ran­cyj­nym, a przy tym zacho­wać jakieś gra­ni­ce.