Uśmiechnięte dziecko
felietony zjawiska

Niechciane życie i niechciana śmierć

Nie da się nie sły­szeć, nie czy­tać, a nawet czuć, że dzie­je się coś złe­go. Kobie­ty wycho­dzą na uli­ce, męż­czyź­ni im kibi­cu­ją, a w powie­trzu uno­si się duch soli­dar­no­ści. Wal­ka trwa i zasta­na­wia mnie, kto tu wygry­wa, kto prze­gry­wa i kto jest cał­ko­wi­cie pomi­nię­ty, bo nie­ste­ty jest.

Jeste­śmy podzie­le­ni nie od wczo­raj. To nor­mal­ne róż­nić się i nie ma tu krzty iro­nii. Dobra kłót­nia to taka, z któ­rej wyni­ka­ją cie­ka­we wnio­ski. Nie doszło­by się do nich, gdy­by nie zde­rze­nie prze­ciw­le­głych bie­gu­nów. Wyni­ki są nie do prze­wi­dze­nia, co utwier­dza w prze­ko­na­niu, że war­to roz­ma­wiać i pole­mi­zo­wać.

Aktu­al­nie "deba­ta spo­łecz­na" przy­ję­ła for­mę pro­te­stu. Pol­skie kobie­ty krzy­czą o maci­cach, brosz­kach, co mnie nie­co prze­ra­ża, ale przy oka­zji poru­sza­ją temat wol­no­ści, życia, śmier­ci i zwy­kłej, ludz­kiej decy­zyj­no­ści. Tłu­my wycho­dzą na uli­cę z wiel­kim impe­tem, poka­zu­jąc że nie dadzą sobie w kaszę dmu­chać. I dobrze, bo war­to wal­czyć o swo­je pra­wa, jeśli ktoś je gwał­ci (sło­wo uży­te nie­przy­pad­ko­wo).

Gdzieś z boku w tym całym sza­leń­stwie poja­wia się reflek­sja. Czy na pew­no cho­dzi o kobie­ty? A może o face­tów, któ­rzy powin­ni je wspie­rać? A może o ten cały rząd? Moż­na ana­li­zo­wać i zacho­dzić w gło­wę, czy jest wyj­ście z sytu­acji, szu­kać gło­su roz­sąd­ku, za któ­rym war­to pójść, odna­leźć punkt odnie­sie­nia, na któ­rym oprze się swo­je sta­no­wi­sko. Mnie cią­gle jest głu­pio i wstyd, bo nie potra­fię się zde­cy­do­wać.

Dla­te­go spoj­rza­łem na spra­wę z jesz­cze innej per­spek­ty­wy. Wyobra­zi­łem sobie, że jestem dziec­kiem z gwał­tu, że jestem dziec­kiem nie­peł­no­spraw­nym, że zabi­łem swo­ją mamę, żeby mnie uro­dzi­ła.

Takie wyobra­że­nia nie przy­cho­dzą łatwo, wyda­je się nawet, że to nie­moż­li­we, by na chwi­lę, jeden mały moment, wejść w rze­czy­wi­stość dziec­ka. Choć to bar­dzo deli­kat­ny temat, spró­bu­ję podejść do nie­go moż­li­wie naj­sub­tel­niej. Wcie­lę się.

Wyobra­żam sobie, że jestem dziec­kiem z gwał­tu

 

Poczę­to mnie w spo­sób sprzecz­ny z natu­rą. Moja mama cier­pia­ła w poczu­ciu nie­spra­wie­dli­wo­ści, utra­ty god­no­ści, upodle­nia. Jej kobie­ce pięk­no zosta­ło zabi­te. Na tych uczu­cio­wych zglisz­czach powsta­łem ja - nie­chcia­ne życie, któ­re zawsze będzie koja­rzyć się z jed­nym. Złem. Dla­cze­go moja mama jest smut­na, gdy na mnie patrzy? Dla­cze­go zacho­dzi się od pła­czu, gdy pytam, kto jest moim tatą? Dla­cze­go jest nie­szczę­śli­wa w moim towa­rzy­stwie? Zupeł­nie nie rozu­miem. Jestem jakiś inny. Może mnie to w ogó­le nie powin­no być, sko­ro gdy jestem, powo­du­ję tyl­ko roz­go­ry­cze­nie?

 

Gdy doro­słem, mama powie­dzia­ła mi skąd się wzią­łem i zro­zu­mia­łem, dla­cze­go całe dotych­cza­so­we życie czu­łem się odrzu­co­ny. Wolał­bym o tym nie wie­dzieć i tak bar­dzo mi żal mamy, że moje ist­nie­nie było i będzie dla niej bólem.

Tu się wstrzy­mam przed dal­szą ana­li­zą "przy­pad­ków", w któ­rych aktu­al­nie abor­cja jest dozwo­lo­na. Chcę rzu­cić świa­tło na kon­se­kwen­cje takich tra­gicz­nych decy­zji, któ­re trze­ba pod­jąć w sytu­acjach bez wyj­ścia. Tech­nicz­nie to kobie­ta jest odbior­cą całej odpo­wie­dzial­no­ści. Cię­żar spo­czy­wa głów­nie na niej, bo podzie­lić się - nie ma jak. Mimo cał­kiem nie­źle roz­wi­nię­tej empa­tii - nie jestem w sta­nie dotknąć choć­by namiast­ki jej uczuć i sprzecz­no­ści, któ­re wte­dy mogą szar­pać nią jak kukłą. Bez­względ­na i bru­tal­na jest jej rze­czy­wi­stość.

Każdy człowiek to kruche stworzenie

Po ludz­ku boję się o dzie­ci, któ­rym każe­my żyć, w imię naszych albo boskich zasad. Boję się rów­nież o kobie­ty, któ­re w poczu­ciu winy, towa­rzy­szą­cym do koń­ca życia, bez wzglę­du na efekt decy­zji, zosta­ną z trau­mą same. Boję się o męż­czyzn tych kobiet, któ­rzy zagu­bie­ni w emo­cjach nie będą potra­fi­li zro­zu­mieć i zaak­cep­to­wać rze­czy­wi­sto­ści i znisz­czą swo­je związ­ki.

Nie wiem czy potra­fił­bym zapy­tać czło­wie­ka, któ­ry wie że jest dziec­kiem z gwał­tu, jaki ta świa­do­mość mia­ła na nie­go wpływ. Podob­nie z nie­peł­no­spraw­nym, rozu­mie­ją­cym że jego życie nie jest usła­ne róża­mi przez decy­zję mat­ki. Nie chciał­bym zada­wać mu bólu, skła­niać do myśli o śmier­ci i spra­wić, że będzie obwi­niał za wszyst­ko naj­bliż­szą oso­bę.

A wie­dza, że zabił mamę, by prze­żyć? Mój Boże...

Ale tyl­ko tacy ludzie mogli­by powie­dzieć jak to jest. Nie kobie­ty, ich mat­ki. Nie męż­czyź­ni, ich opie­ku­no­wie. Nie rząd. Tyl­ko oni.

Śmierć. Życie. Dwie skraj­no­ści, wobec któ­rych jeste­śmy bez­sil­ni. Nie ma tu wol­nej woli, bo nikt nie chce umie­rać, gdy czu­je, że żyje i każ­dy chce żyć, gdy zro­zu­mie, że za chwi­lę może umrzeć. Chęt­nych, by poda­wać dziu­ra­we pro­po­zy­cje, zgni­łe kom­pro­mi­sy czy rady­kal­ne roz­wią­za­nia jest na pęcz­ki. Im więk­sza gru­pa, tym gło­śniej­sza, ale nie­ko­niecz­nie mądrzej­sza i mają­ca mono­pol na rację.

W tej spra­wie nie­ste­ty każ­dy jest głu­pi.

Dla­te­go nie pro­te­stu­ję. Modlę się tyl­ko, żebym nigdy nie zna­lazł się w tak bestial­skiej psy­chicz­nie sytu­acji. Czy pra­wo będzie ści­gać moją kobie­tę, czy ja będę współ­prze­stęp­cą - nie­waż­ne. Praw­do­po­dob­nie już nigdy nie potra­fił­bym spoj­rzeć w lustro bez pogar­dy. Nie­istot­ne czy uchro­nił­bym życie, czy wybrał śmierć. Cią­gle miał­bym wąt­pli­wość.

Tak jak teraz.