Wrażliwa bańka
felietony

Nadwrażliwość i życie

Wal­ka z nad­wraż­li­wo­ścią jest ska­za­na na poraż­kę. Nie da się z nią wygrać. Trze­ba umieć z nią żyć.

Czę­sto zasta­na­wia­łem się na tym, dla­cze­go czu­ję wię­cej niż prze­cięt­ny czło­wiek. Mia­łem świa­do­mość, że jestem wraż­li­wy i nawet się cza­sem z tego cie­szy­łem. Do momen­tu, gdy nie zro­zu­mia­łem, że taka hiper-nie­od­por­ność prze­szka­dza w życiu.

Jak prze­kuć prze­sad­ne zatro­ska­nie w dobre efek­ty? Nie mam odpo­wie­dzi na to pyta­nie, bo sam jej szu­kam. Wdzie­ra mi się w gło­wę pyta­nie kim w ogó­le może być nad­wraż­li­wy? Muzy­kiem, poetą, pisa­rzem? Kimś, kto bar­wy emo­cjo­nal­ne­go świa­ta przy­bli­ża tym mniej czu­łym? W świe­cie, w któ­rym liczy się kon­sump­cja, zbie­ra­nie dóbr, mno­że­nie zaso­bów to trud­ne zada­nie. Odna­leźć się, odkryć swo­ją niszę i żyć z niej, korzy­sta­jąc z talen­tu, któ­rym obda­rzył Cię Szef. Wyzwa­nie, czę­sto karkołomne.

Przede wszyst­kim na nad­wraż­li­wość war­to spoj­rzeć jak na dar, jak talent wła­śnie, któ­ry mno­żo­ny może przy­nieść korzy­ści. Nad­wraż­liw­cy ucie­ka­ją od świa­ta, bo on nie jest ich w sta­nie ani zro­zu­mieć, ani przy­gar­nąć, a coś, co ofe­ru­je to przy­pię­cie łat­ki waria­ta. Każ­dy ma jakąś szaj­bę, nie ma nor­mal­nych ludzi, bo nor­mal­ność nic nie zna­czy. Jest tyl­ko jakimś for­ma­tem przy­ję­tym w danym spo­łe­czeń­stwie jako stan­dard. Odchył od nie­go powo­du­je zagu­bie­nie w kla­sy­fi­ka­cji w oto­cze­niu, a brak kla­sy­fi­ka­cji to nie­zna­ne. Nie­zna­ne, inne, jakoś tak z auto­ma­tu wrzu­ca­ne jest do wora jako złe, nie­nor­mal­ne, nie­prze­wi­dy­wal­ne. Nie­wie­lu patrzy na takie zja­wi­sko jak na pio­nier­skie podej­ście do okle­pa­nych tema­tów. Świe­ży powiew, nowe spoj­rze­nie, odkry­wa­nie tajem­ni­cy w czymś, co wyda­wa­ło­by się już odkryte.

Szko­da, że rezul­ta­tem nad­wraż­li­wo­ści sta­je się samot­ność i poczu­cie nie­zro­zu­mie­nia. Już kie­dyś nawo­ły­wa­łem do połą­cze­nia w kół­ko, w któ­rym tacy ludzie mogą poroz­ma­wiać i pozwo­lić sobie na bycie sobą. Rzekł­bym - gru­pa wspar­cia w nie­wraż­li­wym świe­cie. O dzi­wo, wpis, w któ­rym pisa­łem o wraż­li­wo­ści trzy­ma się dobrze i cza­sem otrzy­mu­ję maile z tek­stem "mam to samo". Oka­zu­je się, że wca­le nie musi­my być sami. Nad­wraż­liw­cy są wśród nas, nawet bar­dzo bli­sko. Po pro­stu bywa­ją niewidoczni.

Róż­nie moż­na podejść do nad­wraż­li­wo­ści. Ja swo­ją nie do koń­ca zaak­cep­to­wa­łem. Zda­rza się, że mnie para­li­żu­je. Kon­fron­ta­cja z emo­cja­mi, wywo­ły­wa­ny­mi przez róż­ne bodź­ce bywa bole­sna. Nie wol­no jed­nak żyć ze sobą w sprzecz­no­ści. Trud­no być kimś, kim nigdy się nie było i raczej nie będzie. Osta­tecz­nie jedy­ne, co pozo­sta­je to odna­leźć sie­bie i wejść w kon­takt z wewnętrz­nym ja - nie trak­to­wać go jak wroga.

Nad­wraż­li­wość może stać się przy­go­dą, a jak wia­do­mo - w każ­dej przy­go­dzie są bla­ski i cie­nie. Chwi­le trud­ne i bez wyj­ścia w zesta­wie z tymi pięk­ny­mi, ulot­ny­mi, peł­ny­mi szczę­ścia. I tak przy­cho­dzi na myśl pyta­nie - w czym może pomóc nad­wraż­li­wość? Nie uła­twi codzien­nych obo­wiąz­ków, nie roz­wią­że pro­ble­mów, któ­re wyma­ga­ją racjo­nal­ne­go podej­ścia. Jest za to dro­gą przez uczu­cia i ich wyjąt­ko­wość. Bywa fan­ta­stycz­nym, nie­mal mistycz­nym prze­ży­ciem, któ­re pozwa­la poczuć się wyjąt­ko­wym, jedy­nym w swo­im rodza­ju. Słu­cha­jąc muzy­ki, oglą­da­jąc sztu­kę teatral­ną, film, czy­ta­jąc książ­kę, patrząc na świat ludzi i ich zacho­wa­nia, docho­dzi do Cie­bie wię­cej. Na chwi­lę sta­jesz się tym wszyst­kim, cze­go doświad­czasz. Tak moc­no, do głębi.

Nad­wraż­li­wość potra­fi być tak­że wynisz­cza­ją­ca, jeśli daje­my się jej cał­ko­wi­cie ponieść. Jeste­śmy ludź­mi i żyje­my na świe­cie, cho­dzi­my po tej samej zie­mi, doty­czą nas zazwy­czaj podob­ne pro­ble­my, tyl­ko ina­czej komu­ni­ku­je­my je na zewnątrz i do wewnątrz. To nas wyod­ręb­nia, bo jeste­śmy ina­czej ukształ­to­wa­ni i prze­ży­wa­ne szcze­gó­ły uru­cha­mia­ją w nas zupeł­nie inne stru­ny. Czę­sto mówi się, że ludzie się tak pięk­nie róż­nią i to jest war­to­ścią. Że inne zda­nia, inne posta­wy, inne spoj­rze­nia są cen­ne. Ale jak trud­no nam się pogo­dzić nie­raz, że ktoś nie wyzna­je podob­nych war­to­ści, żyje zupeł­nie ina­czej, co każe nam zada­wać sobie pyta­nia o wła­sne prze­ko­na­nia. Inność zawsze budzi wąt­pli­wość, a hołu­bio­na otwar­tość nie zawsze wystar­cza. Każ­dy ma gdzieś swój trzon, korzeń, wobec któ­re­go się orien­tu­je. Nad­wraż­li­wiec do więk­szo­ści wzbu­dza­nych wąt­pli­wo­ści pod­cho­dzi z dużą dokład­no­ścią. Rusza go, cza­sa­mi pofrag­men­tu­je poukła­da­ny świat, powo­du­jąc roz­ter­ki, prze­my­śle­nia, analizy.

I tu nale­ży zde­rzyć się z czyn­ni­kiem kon­tro­l­nym, któ­re­go oso­ba obda­rzo­na nad­wraż­li­wo­ścią powin­na uży­wać jako hamul­ca. Wpa­da­nie w cią­gi myśli, któ­re zazwy­czaj koń­czą się na wewnętrz­nym mono­lo­gu bez kon­fron­ta­cji z inny­mi roz­war­stwia psy­chi­kę. Męczy ją bez więk­sze­go powo­du i w któ­rymś momen­cie dez­or­ga­ni­zu­je. To czer­wo­na lamp­ka, sygnał do odwro­tu, bo spra­wy zaszły za dale­ko. Umie­jęt­ność kon­tro­li wła­sne­go umy­słu, na mia­rę swo­ich moż­li­wo­ści, powi­nien posia­dać każ­dy. Nie­mniej nad­wraż­li­wiec musi nie­raz wyko­nać tyta­nicz­ną pra­cę nad sobą, aby dojść do bie­głej obsłu­gi wła­snych emo­cji i rozu­mu. Pro­ste ćwi­cze­nia jak zaprzą­ta­nie sobie gło­wy inny­mi myśla­mi niż te, któ­re dry­lu­ją emo­cje to pod­sta­wa. Nie­raz odbie­ra­łem to jako poraż­kę i uciecz­kę od cze­goś, cze­go nie mogę roz­wią­zać. Tym­cza­sem takie biczo­wa­nie sie­bie to pułap­ka, by trwać w sta­nie zawie­sze­nia bez więk­szych kro­ków naprzód. Odpo­wie­dzi poja­wia­ją się zazwy­czaj w nie­ocze­ki­wa­nych momen­tach, gdy tyl­ko znaj­dzie­my tro­chę odde­chu i odcią­gnie­my się świa­do­mie od węzła gor­dyj­skie­go. Łapa­nie dystan­su to naj­trud­niej­sza rzecz i wyzwa­nie dla nad­wraż­liw­ców, ale co naj­waż­niej­sze - moż­li­wa do wypracowania.

Nie wsty­dzę się być nad­wraż­liw­cem. Nie lubię się jed­nak też z tym obno­sić. Tro­chę ze stra­chu przed oce­ną, tro­chę z powo­dów, któ­re zapro­wa­dzi­ły mnie na nie­cie­ka­we zakrę­ty życio­we. Za to chcę dziś powie­dzieć, że nad­wraż­li­wo­ści nie nale­ży trak­to­wać jak prze­gra­nej. War­to ją wyko­rzy­stać i wyci­skać jak cytry­nę, bo tyl­ko tak moż­na dotrzeć do ludzi podob­nych, przed któ­ry­mi nie musi­my uda­wać tward­szych niż w rze­czy­wi­sto­ści jeste­śmy. A wyda­je się, że jedy­nie z taki­mi war­to dzie­lić chwi­le swo­je­go życia. Cze­go Tobie i sobie życzę.