Ale mi głupio
felietony

Głupio mi i wstyd

Są momen­ty, gdy jest mi głu­pio. Tak zwy­czaj­nie, nie­przy­zwo­icie głu­pio. Albo wstyd.

Nie chcę odci­nać się od realiów. Wiem jak sma­ku­je nor­mal­ne życie i codzien­ne ruty­ny. Sta­ram się być na bie­żą­co z wyda­rze­nia­mi na świe­cie, zwłasz­cza tym naj­bliż­szym. Przy­cho­dzi mi to z tru­dem, bo ani nie jest cie­ka­wie, ani weso­ło. I głu­pio mi, gdy nie chcę wie­dzieć, co się wypra­wia tam gdzieś, hen, nie­co poza mną. Bo ktoś komuś zablo­ko­wał pra­cę, ktoś kogoś zwol­nił, ktoś poma­chał wie­sza­kiem, ktoś kazał wyba­czyć, ktoś by karał wszyst­kich za wszyst­ko. I co ja mam do tego?

Głupio mi, naprawdę

Nie chcę brać udzia­łu w szop­ce, chy­ba że bożo­na­ro­dze­nio­wej. Mógł­bym grać któ­re­goś kró­la i wrę­czać pre­zen­ty. Tym­cza­sem nie czu­ję się jak król w zasta­nej rze­czy­wi­sto­ści. Bar­dziej jak bła­zen, któ­ry zaba­wia wład­cę swo­ją obec­no­ścią i kośla­wym pod­ska­ki­wa­niem z nie­szcze­rym uśmie­chem na twa­rzy oraz nadzie­ją, że ów wło­darz nie ma kil­ku­dzie­się­ciu milio­nów takich samych bła­znów do dys­po­zy­cji. Kró­le­stwo nam się sypie! Klau­ni tacy jak ja naj­pierw szep­tem, ale coraz pew­niej i sta­now­czo mówią "tak nie może być", a monar­cha śmie­je się, wali młot­kiem po gło­wach i krzy­czy, że napra­wia. Sto­do­ła budu­je się tuż obok szop­ki i już nie wia­do­mo, co wybrać: gor­sze czy jesz­cze gorsze?

Wstyd mi, że jestem taki niezdecydowany

Czu­ję się zagu­bio­ny w swo­ich poglą­dach, bo sam już nie wiem, co jesz­cze zdro­wym roz­sąd­kiem, a co już popu­li­zmem. Nie poru­szam deli­kat­nych i trud­nych tema­tów, jeśli nie do koń­ca czu­ję, co chcę powie­dzieć. Wewnętrz­nie jestem prze­ko­na­ny, że powi­nie­nem, ale nie chcę zaszkodzić.

Powiem jed­nak wprost: głu­pio mi, że roz­dmu­cha­na spra­wa usta­wy anty­abor­cyj­nej nie scho­dzi z ust w ostat­nich dniach, a ja nie potra­fię zająć sta­no­wi­ska. W jakimś sen­sie - nie chcę, bo żad­na opcja nie roz­wią­zu­je pro­ble­mu. Aktu­al­nie moż­na usu­nąć cią­żę w trzech przy­pad­kach, któ­re na zdro­wy roz­są­dek (może jed­nak go mam?) są racjo­nal­ne. Tu nie ma co dys­ku­to­wać. Czy jed­nak zaostrzyć pra­wo do tego stop­nia, by uciec od pro­ble­mu odpo­wie­dzial­no­ści za decy­zję i móc zgod­nie z pra­wem ści­gać oso­by, któ­re wte­dy naj­bar­dziej ocze­ku­ją pomo­cy i mądre­go wspar­cia? Odpo­wiedź wyda­je się jed­no­znacz­na: to czy­ste szaleństwo.

Wie­le decy­zji ma wpływ na nasze życie. Z tymi, któ­rych nie podej­mu­je­my, zazwy­czaj buja­my się bez koń­ca. Tra­wią nas od środ­ka i to są kon­se­kwen­cje, któ­rych nie moż­na omi­nąć. Wol­ność jest zdra­dli­wa jak rwą­cy potok - czy­sta i nie­bez­piecz­na. Jeśli jed­na kobie­ta podej­mu­je jed­ną decy­zję, to jed­na decy­zja ma wpływ na życie jed­nej kobie­ty. Jeśli pań­stwo podej­mu­je decy­zję za wie­le kobiet, to jed­na decy­zja ma wpływ na życie wie­lu kobiet. Mate­ma­ty­ka na pozio­mie pod­sta­wów­ki - decy­zja 1:1 jest fair i niko­go nie krzyw­dzi. 1:40 mln to już pro­por­cja nie do przy­ję­cia w sytu­acji, gdy nie wia­do­mo co komu strze­li do gło­wy i wpro­wa­dzi swo­je dobre zmia­ny. Czy to w kwe­stii abor­cji, czy w jakie­kol­wiek innej (kon­tro­wer­syj­nej) spra­wie - od jakie­goś cza­su w pol­skim powie­trzu zala­tu­je dyk­ta­tu­rą i to tą naj­gor­sze­go sor­tu - nie­prze­wi­dy­wal­ną. Bunt się rodzi, a moc nie tru­chle­je, bo ma więk­szość. Kto rzą­dzą­ce­mu zabro­ni? Wszy­scy mil­czeć, gdy Impe­ra­tor z Lor­dem Vade­rem tań­czą tan­go, bo ciem­ną stro­ną poszczu­ją! Yoda się w gro­bie przewraca.

Władza tak jak narkotyk

Przy­po­mniał mi się film "Bru­ce Wszech­mo­gą­cy". Każ­de­mu z nas wyda­je się, że gdy­by mógł wszyst­ko, to nie miał­by już żad­nych ogra­ni­czeń, opo­rów i pro­ble­mów. Wła­dza abso­lut­na kusi i z pew­no­ścią sma­ku­je wybor­nie. Daje nie­wy­obra­żal­ną wol­ność i pozwa­la na jaz­dę bez trzy­man­ki. Sie­lan­ka nie trwa wiecz­nie, bo z obję­ciem tak sze­ro­kiej per­spek­ty­wy przy­cho­dzą rów­nież gigan­tycz­ne zobo­wią­za­nia. Nie zadzia­ła iro­nicz­ny beł­kot w sty­lu "nikt Wam tyle nie da, ile my Wam naobie­cu­je­my". Zasło­ny dym­ne nie zama­sku­ją wzno­szo­nych murów i burze­nia dotych­cza­so­wych budow­li. Nie oma­mią też sta­wia­ne na zglisz­czach pomni­ki. Histo­ria w koń­cu każ­de­mu dobie­rze się do tył­ka, a jest w tym bez­li­to­sna. My tyl­ko musi­my jeść lecy­ty­nę, żeby nie zapo­mnieć że to już było, gdy znów się powtórzy.

Pomy­ślę tym­cza­sem pozy­tyw­nie: w Kra­ko­wie na Brac­kiej pada deszcz. Nad gło­wa­mi miesz­kań­ców kró­lew­skie­go gro­du bez­tro­sko lata i zie­je z nich naj­lep­szy przy­ja­ciel, smog. Z tru­dem oddy­cha­my i łapie­my wio­sen­ne prze­zię­bie­nia, ale jeste­śmy. Ona też, póki my żyje­my. No i cze­go ja się tu cze­piam? Aż mi głu­pio. I wstyd.