List pocztowy
urywki zjawiska

Ciągle czekam na Twój list

Skal­do­wie śpie­wa­li "ludzie zejdź­cie z dro­gi, bo listo­nosz jedzie" i zawsze mnie to jakoś roz­czu­la­ło. Do ręcz­nie pisa­nych listów mam spo­ry sen­ty­ment. Dla­cze­go teraz pisze­my coraz mniej?

Sztu­ka pisa­nia listów sta­ła się dosyć wyszu­ka­ną roz­ryw­ką. Prze­sta­li­śmy pisać, bo zale­ży nam, by dotrzeć do adre­sa­ta szyb­ko i sku­tecz­nie. Dwa razy do roku bab­cie wysy­ła­ją kart­ki świą­tecz­ne albo mamom zda­rzy się z waka­cji posłać jakiś ład­ny wido­czek i kil­ka słów "bawi­my się dobrze, pozdra­wia­my gorą­co". I na tym koń­czy się współ­cze­sne pisa­nie.

Listowne relacje i emocje

Odpo­wie­dzi na pyta­nie "dla­cze­go tak jest?" może być bez liku. Nie czu­ję się na siłach, by ich szu­kać. Zasta­na­wiam się jed­nak, co tak kręci(ło) w pisa­niu listów. Wycho­dzi na to, że naj­waż­niej­sze były rela­cje i emo­cje. Dziś by oddać uśmiech, pisze­my emo­ti­kon­kę. W liście sam cha­rak­ter pisma wystar­czył, by okre­ślić w jakim nastro­ju autor i o czym jest cała wia­do­mość. Widać jak na dło­ni, że pisa­nie odby­ło się na kola­nie, na szyb­ko, w pocią­gu, w par­ku albo sta­ran­nie przy biur­ku w domu, przy dźwię­kach ulu­bio­nej muzy­ki. Cza­sem list pach­niał, miał cie­ka­wy kolor (czy ktoś jesz­cze pamię­ta, że koper­ty i papier listo­wy to pape­te­ria?), co sta­no­wi­ło dodat­ko­wą infor­ma­cję od auto­ra: lubię Cię, sza­nu­ję, a może i kocham.

List był podró­żą do świa­ta dru­gie­go czło­wie­ka, intym­ną cząst­ką jego życia, chwi­lą zamknię­tą w zda­nia, zła­pa­ną na tyle szcze­gó­ło­wo, by móc się nią podzie­lić. Czy­tasz i się uśmie­chasz. Trzy­masz w ręce kawa­łek papie­ru, któ­ry daje Ci wie­le rado­ści, przy­jem­nie sze­le­ści pod pal­ca­mi i ma tyle tre­ści, pisa­nej tyl­ko dla Cie­bie! Cze­ka­łeś na nie­go parę dni, może tygo­dni albo mie­się­cy. Nawet lat. Im dłuż­szy okres, tym cen­niej­szy list, bo mimo upły­wa­ją­ce­go cza­su - ktoś tam, dale­ko, hen, myśli o Tobie i chce napi­sać co u nie­go. Nadal jesteś dla nie­go waż­ny.

Magia tradycyjnych listów

I chy­ba to jest naj­pięk­niej­sze w pisa­niu listów: wycze­ki­wa­nie na odpo­wiedź i nie­spo­dzie­wa­ne niu­an­se, któ­re moż­na wyła­pać choć­by w cha­rak­te­rze pisma. Budzi się rów­nież świa­do­mość, że ktoś poświę­cił czas, by napi­sać, nakle­ić zna­czek i zna­leźć czer­wo­ną skrzyn­kę. Pomo­dlił się też, żeby listo­nosz nie zgu­bił gdzieś po dro­dze jego małe­go skar­bu.

Nie pamię­tam kie­dy wysła­łem list do kogoś, na kim mi zale­ży. Jest niby mail elek­tro­nicz­ny, ale on nie pach­nie.

Tęsk­ni mi się za takim ręcz­nym pisa­niem na kolo­ro­wym papie­rze, a to dla­te­go, że mój cał­kiem dłu­gi epi­zod z tra­dy­cyj­ny­mi lista­mi zaczął się banal­nie. Chcia­łem poznać faj­nych ludzi, a naj­le­piej dziew­czy­ny. Byłem bar­dzo nie­śmia­łym nasto­lat­kiem i szu­ka­łem adre­sów do rówie­śni­czek... w tele­ga­ze­cie! To były takie stro­ny inter­ne­to­we, tyl­ko na tele­wi­zo­rze. Jako adres wystu­ki­wa­ło się na pilo­cie trzy cyfry i voila!, wyświe­tla­ła się stro­na z ogło­sze­nia­mi. Wysy­ła­łem listy, oj wysy­ła­łem, ale rzad­ko kie­dy dosta­wa­łem odpo­wiedź. Uda­ło mi się jed­nak nawią­zać kil­ka kon­tak­tów, z dziew­czy­na­mi!

Jakież to było pięk­nie nie­win­ne. Per­fu­mo­wa­ne koper­ty, wspól­ne odkry­wa­nie przed sobą tajem­nic, tych czy­sto ludz­kich. Ktoś mnie wku­rzał - napi­sa­łem o tym, świat mi się podo­bał - podzie­li­łem się, usły­sza­łem pierw­szy jazz - wow!, nie mia­łem słów. Oka­zy­wa­ło się szyb­ko, że w moim doj­rze­wa­niu nie jestem osa­mot­nio­ny. Nie tyl­ko mnie nie podo­ba się coraz moc­niej pozna­wa­na rze­czy­wi­stość i zupeł­nie ina­czej ją sobie wyobra­ża­łem. W książ­kach i fil­mach było pięk­niej. Bycie nie­po­praw­nym roman­ty­kiem-ide­ali­stą wca­le tu nie poma­ga­ło.

Mimo to, miło wspo­mi­nam przy­go­dę z lista­mi, bo uczy­łem się życia od dru­giej żywej oso­by. Mia­ła imię i nazwi­sko, uni­kal­ny cha­rak­ter i zdję­cie (twa­rzy!) z pry­wat­nej kolek­cji tyl­ko dla mnie. Pisa­nie z nią było jak fejs­buk w ana­lo­gu, dostęp­ny tyl­ko dla dwóch osób. Zapew­nia­ło pry­wat­ność, za któ­rą zaczy­na­my dziś tak moc­no tęsk­nić. Dzię­ki nie­mu rela­cja mia­ła swo­ją kru­chość i intym­ność.

Nie wyobra­żam sobie cał­ko­wi­te­go zani­ku listów tra­dy­cyj­nych, choć wiem, że cza­sy świet­no­ści mają już za sobą. Czy ja wró­cę do pisa­nia? Nie mam tele­ga­ze­ty, więc nie ma szans. Więk­szość aktu­al­nych mini-liści­ków piszę do mojej Żony. Mogła­by być zazdro­sna, że per­fu­mu­ję koper­tę i poświę­cam kil­ka stron A4 innej kobie­cie. Prze­sta­łem być też nie­śmia­łym nasto­lat­kiem. Dużo się u mnie zmie­ni­ło.

Nie­zmien­ną pozo­sta­je magia listów tra­dy­cyj­nych. Jesz­cze kie­dyś znów damy się ocza­ro­wać tajem­ni­com ręcz­ne­go pisa­nia na papie­rze. Ludzie ponow­nie doj­rze­ją do two­rze­nia rela­cji, w któ­rej bodź­cem jest cie­ka­wość i nie­ner­wo­wa wymia­na doświad­czeń, zwy­kła życz­li­wość, grzecz­ność i sza­cu­nek.

W takim ukła­dzie zadzior­na świę­ta racja, któ­rej nie prze­czy­ta cały świat, tra­ci na sile, bo liczy się czło­wiek. Osta­tecz­nie dużo trud­niej go prze­pro­sić za błę­dy, zwłasz­cza te nie­orto­gra­ficz­ne. I co istot­ne - nie trze­ba tego robić publicz­nie.

Się roz­ma­rzy­łem 🙂

  • Daniel L.

    Z racji moje­go bar­dzo mło­de­go wie­ku, gdy listy były jesz­cze popu­lar­ne, nie pamię­tam zbyt dużo i nie mam takich doświad­czeń. Mogę nato­miast pochwa­lić się napi­sa­nym listem do św. Miko­ła­ja - ile było cze­ka­nia na odpo­wiedź, a jak w koń­cu przy­szła to rado­ści nie było koń­ca 🙂 Nawet ostat­nio zwy­kła kart­ka z waka­cji od kole­żan­ki wywo­ła­ła u mnie uśmiech. Może to nie to samo, ale jed­nak dużo faj­niej­sze, niż pode­sła­na fot­ka w wia­do­mo­ści na mes­sen­ge­rze, czy snap­cha­cie.

  • Patry­cja Kurza­wa

    "fejs­buk w ana­lo­gu" 🙂