Biegacz
felietony

Biegnę za modą

Jak na moje stan­dar­dy, to napraw­dę moc­ne wyzna­nie. Nie ma co ucie­kać od rze­czy­wi­sto­ści i kar­mić się uro­jo­nym ide­ałem. Życie mnie dopada.

Chcia­łem być coachem. Poważ­nie. Wie­rzy­łem w to i czu­łem, że to jest coś dla mnie. Poma­gać ludziom zawsze lubi­łem, bo poma­ga­jąc innym, poma­ga­łem sobie. Stwier­dzi­łem, że mam już na tyle doświad­cze­nia życio­we­go, że mogę nim słu­żyć. Zawód coacha nie jest w żaden spo­sób ustan­da­ry­zo­wa­ny w Pol­sce. Kto chce i się okrzyk­nie, ten może. I to mi się podo­ba­ło, bo w sumie te wszyst­kie kur­sy i cer­ty­fi­ka­ty mogą sprać mózg. CV nafa­sze­ro­wa­ne wpi­sa­mi zawsze wzbu­dza we mnie duże wątpliwości.

Moda na wyróżnianie się

Pobie­głem za modą. Patrzę z per­spek­ty­wy, gdy mi już prze­szło coacho­wa­nie. Potrze­ba speł­nia­nia swo­ich marzeń i cią­głe dąże­nia, by fan­ta­zje sta­ły się rze­czy­wi­sto­ścią męczą już, gdy z każ­dej dziu­ry zie­je para-coachin­go­wy­mi prze­ka­za­mi. Pogu­bi­łem się w tym, co wyda­wa­ło mi się racjo­nal­nym oglą­dem, a co już pod­świa­do­mą potrze­bą przy­po­do­ba­nia się cza­som, popły­nię­ciem z prą­dem. Chcia­łem być tym, któ­ry zro­bi to lepiej niż inni. Wyróż­ni się i poka­że, poka­że, poka­że! Zada­łem sobie pytanie.

Po co?

To strasz­ne jak łatwo zma­ni­pu­lo­wać czło­wie­ka. Nie ma moc­nych. Zamknąć się w jakiejś głu­szy w Biesz­cza­dach i wte­dy uchro­nić się przed wpły­wem? To prze­cież skraj­ność. A żyć trze­ba. Z tym, co jest i jak jest.

Ucie­mię­ży­ło mnie bycie w cią­głej opo­zy­cji. Wal­czyć z tren­dem to prze­gra­na na star­cie. Gdy bunt sta­je się sen­sem bun­tu, to tra­ci sens. Wszyst­ko po to, by mieć ostat­nie zda­nie, rację nie­po­wszech­ną i po raz kolej­ny wyróż­nić się.

Lubię myśleć ina­czej i tego nie zmie­nię. Lubię budo­wać zda­nia i wypo­wie­dzi w spo­sób nie­kon­wen­cjo­nal­ny. Lubię roz­wią­za­nia, któ­re nie są popu­lar­ne. Nie mam już potrze­by prze­ciw­sta­wiać się tren­dom, bo to rodzi uprosz­cze­nia. Tren­dy - be!, moje - super! Podej­ście bez sen­su, a rodzi podzia­ły. Prze­cież cią­gła nie­zgo­da ruj­nu­je, nie tyl­ko rela­cje z inny­mi, ale rów­nież ze samym sobą.

No to biegnę!

Marzę sobie o życiu tak nie­stan­dar­do­wym jak zwy­czaj­ne. Bez wiel­kich fajer­wer­ków, z codzien­no­ścią, któ­rej nie obrzy­dza­ją kolej­ne porad­ni­ki o tym, jak faj­nie żyć. Pisa­łem już o sza­le zdro­we­go życia, dziś mówię o sza­le na zaje­bi­ste życie. Czy takie w ogó­le ist­nie­je? Co to zna­czy? To są pyta­nia bez odpo­wie­dzi, bo nie ma jed­ne­go przy­ję­te­go spo­so­bu na sie­bie. W wiel­kich pla­nach i cięż­kiej pra­cy, by je zre­ali­zo­wać jest jakaś zasa­da, że wytrwa­łość popła­ca. Według mnie nie ma na to regu­ły. Moż­na się ubi­czo­wać w pocie czo­ła, a i tak efekt będzie mizer­ny. Porad­ni­ki wte­dy mówią - coś zro­bi­łeś źle! Wycią­gnij wnio­ski i idź dalej, bierz się za co inne­go. Ja nazwał­bym to uciecz­ką od złych doświad­czeń, ale może powi­nie­nem zmie­nić podejście.

Od jakie­goś cza­su uczę się tzw. podej­ścia pro­jek­to­we­go. Aktu­al­na pra­ca wyma­ga ode mnie, abym rozu­miał tę ideę i ja, chcąc nie chcąc, muszę wpi­sać się w ten trend. Robię to w peł­ni świa­do­mie i widzę efek­ty. To zmia­na myśle­nia i men­tal­no­ści, któ­re wtło­czy­ło mi dotych­cza­so­we życie. Rozu­miem już, że nie wszyst­ko trze­ba robić do koń­ca życia, nie na wszyst­ko trze­ba się decy­do­wać i przeć kon­se­kwent­nie w mat­nię, tra­cąc cel z oczu. Nic nie da się zro­bić raz, a dobrze na zawsze. Żyje­my w zbyt dyna­micz­nym świe­cie, w któ­rym poczu­cie bez­pie­czeń­stwa nie jest moż­li­we, a już na pew­no nie w stu pro­cen­tach. Wal­czyć o to poczu­cie? Nie. Lepiej pogo­dzić się z jego akcep­to­wal­nym pozio­mem, wyda­rze­nia w życiu trak­to­wać jak pro­jek­ty, do któ­rych nie ma się co za moc­no przy­wią­zy­wać, a posta­wić na oto­cze­nie się dobry­mi ludź­mi. Tymi, z któ­ry­mi moż­na kraść konie albo nawet całe karawany.

Pobie­gnę za tą modą. Przy­naj­mniej spróbuję.